Dekoracje na naszym weselu były dla nas bardzo istotną kwestią. Los chciał, że na ślubnym kobiercu – patrząc z psychologicznego punktu widzenia, spotkali się dwaj prawopółkulowcy i o zgrozo te nasze i tak już duże estetyczne wrażliwości zostały spotęgowane do kwadratu!
Zatem wiadomym było, że i zarówno ślub jak i wesele potraktujemy przez pryzmat posiadanych predyspozycji do umiłowania piękna, tworzenia formy i myślenia obrazami – chociaż tutaj mam pewne wątpliwości co do wspomnianej prawopółkulowości Adasia, gdyż często gęsto nakreślając przyszłemu Małżonkowi moje wizje i ich składowe jakoś nie bardzo mógł połączyć te „kropki” w obraz całości. Muszę przyznać, że nierzadko wzbudzało to moje poirytowanie, ale zważywszy na fakt, że nie od dziś wiadomo, iż mężczyźni mają pewien deficyt wyobraźni zwłaszcza jeśli chodzi o kwestię wyobrażania/domyślania się czego pragnie kobieta – postaram się spojrzeć na ten aspekt ich natury nieco bardziej łagodnie – wszakże to przecież nie ich wina ;).
Wróćmy do dekoracji. Jak już wiecie motywem przewodnim naszego wesela był włoski ogród, czyli ogród, który projektowany jest jak dzieło sztuki i my, też takie nasze „małe” dzieło chcieliśmy stworzyć. Zabierając się do pracy wiedzieliśmy, że głównymi cechami takiego miejsca są harmonia, proporcje, podporządkowanie równowadze i symetrii – to co lubię najbardziej :D. Taki ogród to bogactwo zieleni, głównie cisów, laurowców czy bukszpanów, a także architektonicznych elementów m.in. pergoli, kolumn, fontann czy też nawiązujących do antyku rzeźb – i o tejże właśnie rzeźbie będzie dzisiaj mowa.
Początkowo po skrupulatnej analizie miejsca, w którym miało się odbyć nasze wesele wybraliśmy kilka strategicznych punktów przestrzeni. Nie licząc „przedsionka” sali, gdzie znajdowała się tablica z miejscami dla Gości oraz księga wpisów, były takie miejsca cztery. Pierwsze to miejsce naszego stołu i to co znajduje się zazwyczaj za Parą Młodą, czyli tak zwana ścianka – tutaj umieściliśmy kolumny z wijącym się po nich bluszczem. Początkowo miał tam stanąć łuk, ale o tych zawirowaniach następnym razem ;). Drugi to miejsce obok, pomiędzy barem, zwanym przez niektórych „wodopojem” a stołem ze słodkościami – tutaj pojawiła się fontanna, trzecie – wejście na salę pomiędzy kolumnami, między którymi zamontowaliśmy pergolę i w końcu czwarte – według nas najbardziej reprezentacyjne. To miejsce naprzeciw wejścia, gdzie znajdowały się przeszklone dwuskrzydłowe drzwi otulone łukiem z szarobeżowych zasłon, zza których roztaczał się kaskadowy widok na winnicę. To właśnie to miejsce było tym docelowym, gdzie postanowiliśmy umieścić kompozycję z rzeźbą na czele. W początkowej koncepcji miała być to niewielka kobieca rzeźba umieszczona na piedestale, usytuowana wśród kolumn i zieleni. Jednak przeszukując tzw. rynek nie udało nam się znaleźć odpowiedniej, czyli takiej która byłaby mobilna nie tylko przez swoje wymiary, ale i lekkość jaką by się odznaczała – tak bardzo istotną podczas transportu oraz montażu i demontażu, gdzie liczy się czas i ludzkie zasoby w postaci postawnych panów zdolnych udźwignąć ciężar kobiecej natury. Wszystkie dostępne rzeźby były odlane z betonu lub nieco lżejszego lecz kruchego gipsu. To skreślało w naszych oczach takie wyroby właśnie ze względu na ich możliwe a całkiem prawdopodobne uszkodzenie i oczywiście ciężar, gdyż takie rzeźby choć niewielkie potrafiły ważyć kilkadziesiąt kilogramów. Opcją drugą, ale mniej pokazową była opcja kobiecego popiersia lecz niestety po powtórnym zweryfikowaniu docelowego miejsca „postoju” stwierdziliśmy, że przestrzeń jest na tyle duża, że takie popiersie po prostu w niej zginie. Nie pozostało, więc nam nic innego jak tę rzeźbę sobie wyrzeźbić. I rzeźbiliśmy. Dniami i nocami, niemalże całymi. Dość długo i zacięcie aż powstała – kobieta antyczna, niemalże bogini.
Ustawiliśmy ją w miejscu jej przeznaczonym pośród krzewów laurowiśni, otoczoną kolumnami, na których postawiliśmy amfory z gałęziami bukszpanu i białych lilii. W tle za nią krzewy trzmieliny stylizowane na drzewa umieszczone w imitacjach kamiennych donic. Staraliśmy się w całej aranżacji zachować ład i porządek i tak pożądaną równowagę. Zależało nam, by wszystko było właściwie wyważone i harmonijne, i myślę że osiągnęliśmy wyznaczony przez siebie cel. Stworzyliśmy namiastkę włoskiego ogrodu – miejsca spotkań, muzyki i uczty, idealnie wpasowującego się w weselny klimat, w którym ważna jest atmosfera elegancji przeplatająca się z radością życia, czyli wszystkim nam znanym „la dolce vita”.




Scenografia, która ma sens
zdjęcia: kokorniakolejnik
