Zaproszenia
Bardzo lubię projektowy proces. Gdy w głowie rozwija się idea, gdy łączysz ze sobą elementy, dobierasz składowe, analizujesz, sprawdzasz – to coś co ewidentnie mnie „kręci”, ale nie myślałam, że projektowaniem zaproszeń zajmę się sama, cały czas miałam w głowie ich zamówienie. Nie chciałam zajmować się tym akurat teraz, gdy piętrzyły się sprawy związane z przygotowaniami do ślubu i miałam ich naprawdę sporo. Chciałam „zrzucić” z siebie wszystko co mogłam i pierwszym co przyszło mi do głowy to to, że zaproszenia na ślub po prostu kupię.
Jednak rzeczywistość pokazała mi, że będzie inaczej. Długo szukałam odpowiednich – takich, by pasowały do klimatu ślubu i wesela, a że klimat ten już był ustalony – zainspirowany włoskim ogrodem, wypełnionym antycznymi kolumnami, rzeźbami, pergolami i dopełniony białymi kwiatami z cytrynami to szukałam czegoś co ewentualnie po drobnej edycji (firmy oferują personalizację) uda się dopasować charakterem do wydarzenia i nie oszukujmy się własnego gustu, i upodobań. Niestety… poszukiwania trwały dość długo a odpowiednich zaproszeń nie było i mimo dużej różnorodności w zdobieniach, uszlachetnieniach i dodatkach to ciągle czegoś mi w nich brakowało. A to kolorystyka, a to brak możliwości zmiany tekstu, albo w ogóle użyte fonty zbyt fikuśne. A mi zależało na czymś klasycznym, możliwie prostym z włoskim detalem, jednak czegoś takiego „na rynku” nie było.
Nie pozostało mi nic innego jak usiąść przed komputerem, otworzyć program i projektować.
Zaczynając musisz ustalić rozmiar dokumentu, hmmm… no właśnie. Zaproszenia, które widziałam robiąc research miały głównie format A5, czyli kartki z zeszytu, więc taki wpisałam. Później przyszła pora na tekst i dodatkowe elementy, a że pracowałam na Canvie (głównie z oszczędności czasu) to było ich tam naprawdę sporo. Na wirtualnej kartce piętrzyły się cytryny w różnych konfiguracjach, kwiaty lilii – moje ulubione, liście bluszczu i winorośli. Następowała selekcja wybranych grafik, ułożenia względem tekstu i zwykłego „grania” ze sobą. Po czasie zaczął uwydatniać się już ogólny wygląd projektu i uznałam, że byłam na dobrej drodze do stworzenia zaproszenia idealnego.
Wśród gadżetów Canvy są dostępne przeróżne ramki, rameczki czy też kształty. Jeden z takich wpadł mi w oko. Wyglądał jak pergola. Pasował. Dodałam do niego liście bluszczu – udało mi się znaleźć takie w stylu starej ryciny. Umieściłam je na górze umownej pergoli. Na dole po przeciwnej stronie – tak dla równowagi znalazła się przekrojona cytryna. Było nieźle, ale wciąż to nie było do końca to czego oczekiwałam. Niby ok, ale… jak to zazwyczaj powiada Adaś: „wszystko co przed ale się nie liczy”, więc właśnie… nastąpił poszukiwań ciąg dalszy.
Elementy pasowały do siebie, jednak format – z nim było coś nie tak. Pamiętam jak jeszcze pracując w Galerii Sztuki na niemal każde wydarzenie czy wernisaż projektowaliśmy zaproszenia i były to zaproszenia w formacie DL – smukłe, zgrabne. Zawsze wydawały mi się być eleganckimi i pełnymi wdzięku. Spróbowałam i tu. To było to. Jeszcze tylko kolor – wstępnie czarny, klasyczny lecz czemu by nie wybrać innego. Zieleń – trafiłam! Symbol nadziei i nowego życia – w punkt. Projekt był gotowy. Został druk, koperty i dodatki… a to już innym razem.



Scenografia, która ma sens
zdjęcia: kokorniakolejnik
