Tag: piękno które płynie z pasji

  • Projekt ślub

    Projekt ślub

    Znaliśmy się z Adasiem już blisko 5 lat i chyba nadszedł po prostu „ten” czas. Gdzieś tam w świadomości zaczęły przewijać się myśli o ślubie i weselu. Od początku było wiadomo, że wszystko musi mieć powiązanie z Włochami. Dlaczego, zapytacie? Hmm… trudno na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Może chodzi o klimat, atmosferę jaką chciałam stworzyć dla bliskich nam ludzi, może o to, że od wielu lat wyjeżdżając na wakacje do mieszkającej we Włoszech Mamy, chłonęłam to całe „la dolce vita”, zachwycając się nim na każdym kroku. Podobało mi się życie pełne luzu, zabawy i uśmiechu. Bliskości ludzi, rozmów i ciepłych letnich wieczorów. Miłość do Włoch wskazała mi kierunek.

    Zaczęło się od szukania odpowiedniego miejsca i powiem Wam, że to wcale nie taka łatwa sprawa. Te niewinne – jak się zdawało na początku, poszukiwania to tak naprawdę godziny przeznaczone każdego dnia na „przewertowanie” stron Internetu, pisanie próśb o oferty i ciągłe analizowanie – tak to moja tajna moc :). Mam wrażenie, że mój mózg to jeden wielki komputer służący do analizy każdej najmniejszej informacji, obrazu i słowa. Wiedziałam czego na pewno nie chcę, ale to czego chcę klarowało się w miarę upływającego czasu spędzonego na szukaniu inspiracji. Łączyłam kropki. Zaczęły powstawać powiązania, wykluczałam zbędne elementy. Powoli tworzyłam obraz mojego „włoskiego” marzenia w głowie.

    Rozdział I

    Plan pierwszy: my.

    Nas trzeba ubrać i to ubrać tak, by „grało”, tak by czuć się dobrze i by pasowało, i choć z wykształcenia jestem projektantem ubioru to wiedziałam, że za nic na świecie nie dam się „wciągnąć” w szycie swojej sukni ślubnej. Ci co mnie znają, wiedzą że cierpliwość nie jest moją mocną stroną a projektowanie, wykonywanie konstrukcji i szycie to proces, który tę cierpliwość chłonie jak gąbka, więc zaczęło się… szukanie… znów. Od rana do wieczora Internet, dziesiątki stron z salonami sukien ślubnych i wiecie co mnie wkurza? A no to, że nigdzie nie ma cen, nie ma rozmiarów, to że trzeba się umawiać na spotkania, jeździć na przymiarki a w salonach najczęściej same „gorsety” i sukienki w boho klimacie, i to wszystko z reguły w „cienkim” przedziale rozmiarówki – po rozmiarze 38 – kobiety już nie ma ;). Zbuntowałam się, wiedziałam, że salony to nie jedyne rozwiązanie i choć rozumiem, że chodzi o to poczucie wyjątkowości mody haute couture i szycie na miarę to akurat mi to potrzebne nie było. I co? Znów szukanie – szukanie sklepów z sukniami, które będą spełniać wymogi sukien ślubnych.

    Znalazłam – idealną, w Australii. Prosta, minimalistyczna, długa. Była klasyczna i elegancka, miała charakter. Zamówiłam. Przyszła. Czas oczekiwania pełen obaw, czy się nie zawiodę, czy jakość będzie wysoka – mam dużego fioła co do jakości wykończeń, detali i użytych tkanin. Nie zawiodłam się, była wspaniała. Tkanina gruba, mięsista, spływająca, wykończenia pierwsza klasa, kopertowe wykończenie rozporka, wszyte fiszbiny, koniec podszewki na linii podwinięcia – bez oszczędzania materiału. Jednym słowem, byłam: zachwycona! Przyszedł czas na akcesoria i dodatki. Wiadomo miłością kobiety są buty – moją też i to wielką, zaraz po Adasiu oczywiście :D.

    Buty to już lżejsza sprawa, dostępność większa, chociaż i tutaj pojawiały się problemy, ale gdzie ich nie ma. Szybciej, łatwiej i bez bólu. Były, kupiłam, pasowały. Satynowe cudeńka z kryształową „kulą” na ośmiocentymetrowym obcasie – więcej nie ma co, dzień ślubu to długi dzień :). Później poszło szybko. Naszyjnik, ozdoba do włosów, obrączki – tutaj włączył się mój instynkt łowcy – łowię okazje na każdym kroku, nie nałogowo, ale rozsądnie. Szukam okazji i najlepszej jakości w najlepszej cenie.

    Powiedzmy, że ja byłam już w „komplecie”.

    Przyszedł czas na Adasia. Adaś, jak to Adaś – powiedział co wybierzesz będzie dobrze, Ty będziesz szczęśliwa to i ja będę szczęśliwy – ufam Ci. No z tym ufam Ci to tak tak znowu do końca nie było :D, ale do rzeczy.

    Garnituru dla Adasia zaczęłam szukać na miesiąc przed ślubem, ale to nie dlatego, że nie chciałam wcześniej, to dlatego, że Adaś chciał wyrzeźbić się na nowo ;), więc czekaliśmy na odpowiednie warunki do „obudowy” Adasia.

    Moda męska jest fascynująca zwłaszcza ta formalna – z kobietami jest łatwiej, mniej zasad, mniej detali do uwzględnienia. Zaś u mężczyzn to inna bajka. Czym jest formalność, co wypada, co do czego pasuje, jakie są wymogi, jak wygląda etykieta. Wiedzieliśmy, że nasz ślub odbędzie się o godzinie 14.00, więc czerń, którą nosi się na wieczór odpadała. Tak samo smoking. Pozostał garnitur. Myśleliśmy o granacie jako kolorze spełniającym najwięcej z wytycznych – Adasiowi pasowało, ale czy ja byłam zadowolona? Nie do końca :). Lubię nietuzinkowe rozwiązania, które zapadają w pamięć. Cytując Giorgio Armaniego: „nie sztuką jest zostać zauważonym, sztuką jest zostać zapamiętanym”. W głowie krążyły mi pomysły, na które Adaś nie koniecznie chciał przystać. Coś co ja widzę od razu, łącząc sobie w głowie poszczególne elementy – Adaś musi zobaczyć, poczuć i dotknąć. Pojechaliśmy do salonu. Ja szukałam dwurzędowego garnituru z tkaniny w tenis, Adaś granatowego klasyka. Przymierzył oba. Oczy uśmiechnęły mi się na widok Adasia w grafitowym „pasiaku” – ja już wiedziałam, że to ten! Adasiowi chwilę zajęło, by go „poczuć” i prawdę mówiąc, przekonał się dopiero wtedy, gdy zobaczył się na zdjęciach z przymiarki.

    Pora na detale. Koszula – po obejrzeniu Spectre z Danielem Craigiem wiedziałam, że musi być to koszula z kołnierzykiem typu pin collar. Ta klasyczna i nieco zapomniana wersja kołnierza zapinana na szpilę podkreśla uroczysty charakter ubioru a całości stylizacji nadaje niebywałego szyku. Nosząc taką koszulę możemy być pewni, że zostaniemy zauważeni. Krawat – jedwabna grenadyna, bez wzorów, ale z wyjątkową fakturą i nietypowym splotem – niezwykle elegancka i szykowna, idealna na uroczyste formalne okazje. Krawat z grenadyny zawsze będzie wyróżniał się na tle innych.

    Była już koszula i był już krawat. Przyszła pora na buty. Buty u Adasia to dość problematyczny temat a właściwie pozbawiony problemu. Nie przykłada on do tej części garderoby tak dużej uwagi jak ja – mówiąc prościej było mu wszystko jedno jakiego typu buty to będą – mi, zagorzałej fance „współgrania” ubioru z osobowością, spełniając przy tym wymogi formalne – już nie :D. Wiadomo, że ślub to rodzaj uroczystości, która wymaga. Wymaga, by Pan Młody wyróżniał się na tle innych mężczyzn, więc jakie buty założyć, by jednocześnie uwzględniały normy, ale i nadawały charakteru i tej kropki nad „i”? W grę wchodziły wiedenki znane tez jako oxfordy, lotniki – jedne z najbardziej eleganckich, w wersji lakierowanej idealnie pasują do smokingu i monki, zapinane na klamrę jedną bądź dwie – buty, które są znakomitą alternatywą (o ile impreza nie ma rygorystycznego dress code’u) do poprzednich a jednocześnie posiadają „moc” zwrócenia na siebie uwagi. Adaś był niemalże gotowy, jeszcze tylko drobiazgi typu poszetka, spinki do mankietów i przysłowiowy kwiatek do butonierki – o ile ta butonierka w ogóle jest ;). No właśnie większość garniturów dostępnych na rynku nie ma butonierki, bądź w najlepszym przypadku jest ona atrapą, ale i na to mamy sposób. Wystarczy żyletka lub nóż introligatorski, ja użyłam tego drugiego. Zwyczajnie przecinamy przestrzeń pomiędzy szwem i gotowe, możemy włożyć w nią kwiat. Zależało mi, by tak jak James Bond Adaś w butonierce miał goździka lub chociaż jak mój ulubiony projektant Tom Ford – gardenię. Opcja numer dwa stała się niewykonalną. Dostać gardenię było niemożliwością, skończyło się na białym goździku.

    Z racji tego, iż bywamy wygodni, przyszedł nam do głowy jeszcze inny pomysł względem naszego ubioru. W planach wesela mieliśmy serwis tortu, który miał się odbyć na tarasie widokowym, uświetniony momentem wystrzału dwumetrowych iskier. Taka okazja wymagała podkreślenia a najłatwiej było nam to osiągnąć poprzez zmianę naszego ubioru. Dla Adasia – ulga (należy Go pochwalić za wytrzymałość) temperatura mimo wieczoru była dalej wysoka. Dla mnie większa swoboda, przyznam się, że długie suknie to nie mój target. Przebraliśmy się. Założyłam krótką sukienkę z srebrnymi aplikacjami, które pięknie mieniły się w świetle zachodzącego słońca odbijając również iskierki scenicznych iskier. Adaś miał na sobie dzianinowe polo – eleganckie, granatowe z mieszanki wełny z bawełną. Poczuliśmy się „luźno” i swobodnie i muszę przyznać, że według nas był to dobry pomysł! Możecie ocenić sami 🙂

    Plan drugi: klimat

    To jak będą się czuli nasi Goście na naszym weselu i my sami było dla nas bardzo ważne. Chcieliśmy podzielić się z najbliższymi nam ludźmi cząstką siebie, naszym światem – tym jacy jesteśmy. Dlatego oczywistym było, że nasze wesele będzie odzwierciedlało nas, nasze charaktery i upodobania.

    Temat był wybrany – Włochy, ale jak przenieść Italię do Polski? Mój telefon ledwo już mieścił setki screenów z inspiracjami. Mnożyły się w nim zdjęcia cytryn z wybrzeża Amalfi, ruiny starożytnych Pompejów czy renesansowe włoskie ogrody odznaczające się charakterystyczną dla nich harmonią i geometrycznymi kształtami, a należy tu wspomnieć, że oboje z Adasiem jesteśmy estetami lecz niestety mój przypadek jest przypadkiem skrajnym. Niemalże czysty fanatyzm co do symetrii, złotego podziału czy po prostu zwykłej równowagi kierował moją osobą i dawał nam niejednokrotnie „popalić” – tylko Adaś wie, ile cierpliwości kosztowało Go moje przekonanie, że musi być równo i idealnie.

    Rury PCV, butelki kleju uszczelniającego, zaprawy tynkarskie, farby, żywice – tonęliśmy w morzu połamanych ostrzy i ścinek styroduru – tak wyglądały nasze ostatnie przedślubne tygodnie, nasz codzienny „relaks”. Te wszystkie godziny spędzone w sklepach budowlanych, dni poświęcone na szkice i rysunki, miesiące ciężkiej fizycznej pracy. Włożyliśmy ogrom wysiłku, by nasz projekt – ŚLUB – zaczął nabierać kształtów.

    W ciągu paru miesięcy powstała spójna koncepcja od projektu zaproszeń ślubnych i drobnych upominków dla naszych Gości poprzez wybór obrusów, krzeseł, kwiatów i krzewów. Każda doniczka, każdy wazon i każdy detal były przemyślane. Zależało nam na spójności całej aranżacji. Chcieliśmy przenieść klimat włoskiego ogrodu do wnętrza sali weselnej, stworzyć obraz pełen uroku. Słoneczna żółć cytryn, białe kwiaty i wijący się bluszcz miały dodawać nonszalancji. Antyczne kolumny, rzeźba i fontanna stały się odzwierciedleniem klasycznej elegancji a lustrzane i srebrne elementy nadawały przestrzeni nowoczesnego charakteru. Marzyliśmy, by nasz włoski ogród mógł rozkwitnąć i cieszyć naszych Gości śródziemnomorskim klimatem.

    Uzgodniliśmy menu, dobraliśmy wina i trunki – oczywiście mając na względzie mój perfekcjonizm wszystko musiało być włoskie a jak nie włoskie to chociażby – inspirowane. Muzyka, jakże by inaczej, też włoska – przynajmniej w znacznej mierze. Żywe Felicità pobrzmiewało na sali uszczęśliwiając amatorów tanecznych pląsów. Barmani serwowali kolorowe koktajle z Aperolem na czele a candy bar opływał w pistacjowo-cytrynowe słodkości.

    Pilnowaliśmy, by każdy najmniejszy szczegół wpisywał się w nasze marzenie o włoskim weselu. Czy się udało? Odpowiem, że tak!

    Największym szczęściem dla nas były reakcje naszych Gości. Uśmiechnięci, pełni zachwytu i podziwu dla naszej pracy. To było coś wspaniałego – móc poczuć radość bliskich nam osób. To jak dobrze czuli się w „stworzonej” przez nas przestrzeni i nawet początkowe: „a dlaczego tak daleko to wesele” nie miało już dla Nich znaczenia, wiedzieli już dlaczego. Wybraliśmy bowiem na wesele miejsce niezwykłe, które oczarowało nas swoim urokiem od pierwszych chwil, gdy je tylko ujrzeliśmy. Schowane pośród winorośli i nadodrzańskich wzgórz siedlisko z pełnym historii w tle dworkiem. Winnica, bo cóż innego jak nie miejsce, w którym powstaje wino – symbol radości i szczęścia, mogło stać się częścią naszej weselnej „przygody”.

    Projekty są jak dzieci. Pielęgnujesz je, kształtujesz, poświęcasz im całe swoje serce, wkładasz ogrom cierpliwość w ich rozwój a one w zamian dają ci ocean satysfakcji i radości.

    Rozdział drugi

    Ludzie

    Na naszej „ślubnej” drodze pojawiło się sporo ludzi. Ludzi, z którymi współpracowaliśmy, ludzi którzy nam pomagali, rodzina, przyjaciele, znajomi. Mieliśmy to szczęście, że były blisko nas osoby, których wsparcia mogliśmy doświadczyć.

    Bliscy

    Wielkim darem jest mieć bliskich, którzy chcą dla ciebie jak najlepiej. Dla mnie taką osobą jest Mama. I czego bym nie napisała nic nie będzie w stanie oddać tego ogromu wdzięczności jaką Ją darzę. Za to, że jest, za to że wspiera i za to że zawsze we mnie wierzy i choć na co dzień jesteśmy od siebie oddalone o 1462 kilometry to od zawsze jesteśmy ze sobą bardzo blisko. Ona była, Ona pomagała i dzięki Niej jestem. Była też ze mną w dniu mojego ślubu i przed. Była, by było mi lżej, bym mogła skupić się na przygotowaniach, gdy Ona zajmowała się wszystkim innym.

    Dane mi jest mieć również przyjaciół i choć nieliczna to grupa to są nimi naprawdę, tak szczerze i tak oddanie. Mogłam na nich i ich pomoc liczyć i to będę pamiętać… na zawsze.

    Dobrze, więc jest mieć koło siebie ludzi, dla których twoje szczęście jest równie ważne jak ich własne.

    Dalsi

    Organizując swój własny ślub nie unikniesz kontaktu z ludźmi, z branży. Chcąc znaleźć odpowiednich usługodawców musisz poświęcić temu sporo czasu. Z pomocą przychodzi Internet i przyznam się, że w głównej mierze moje poszukiwania opierały się na przeszukiwaniu instagramowych kont. Opisy, zdjęcia, oferty – było tego sporo. A jak już myślisz, że znalazłeś to tutaj pojawiają się pierwsze schody. Jedną z rzeczy, która często omijana jest w opisie konta to miejscowość. Zanim dotrzesz do tego na jakim terenie działa dana osoba musisz czasem wejść w rolę Sherlocka Holmesa i nieco się natrudzić. Jak już uda ci się odkryć „pochodzenie” dalej sprawa tylko z pozoru wydaje się być błaha. Czyhają bowiem na ciebie inne pułapki: oferty na priv – bo z reguły tylko w taki sposób możesz zaznajomić się z pełną ofertą i jej ceną. Komunikacja bez uruchomionego czatu firmowego, w której trafiasz do folderu pod nazwą: horyzont zdarzeń – granica czarnej dziury, gdzie czas staje w miejscu a ty z nadzieją czekasz kolejne dni na to, aż ktoś odkryje twoje zapytanie. A jakby tego było mało, na sam koniec dostajesz informację: „przepraszamy, ale termin mamy już zajęty”. To wszystko potrafi zmęczyć i zmęczyło też mnie. Poszukiwanie odpowiedniego zespołu ludzi, dzięki którym twój ślub i wesele będą jedną piękną bajką – nie oszukujmy się – jest sprawą trudną , ale daje też ogrom satysfakcji, gdy już znajdziesz tych właściwych.

    Nam nie zależało na jakiś specjalnych atrakcjach. Wychodziliśmy z założenia, że ten czas ma być czasem przyjemnie spędzonym przez naszych Gości i przez nas samych. Chcieliśmy stworzyć komfortową atmosferę pełną dobrego humoru i uśmiechu z miejscem na rozmowy i kontemplację chwili. Nie chcieliśmy, by nasi Goście czuli się zobligowani do uczestniczenia w zabawach, oczepinach czy innych „przymuszonych” rozrywkach – sami tego nie lubimy. Dlatego postawiliśmy na dobry zespół, który czas ten umili muzyką z didżejskiej konsoli, charyzmą frontmana grającego na bębnach i ognistym urokiem skrzypaczki wykonującej utwory w nowoczesnych aranżacjach. Nie zabrakło baru z koktajlami również bezalkoholowymi, gdzie panowie dwaj oczarowywali Gości tworząc przy tym prawdziwe ambrozje, a także ciast i ciasteczek zamkniętych w monoporcjach cieszących oczy i podniebienie w wykonaniu mistrzyni cukiernictwa o anielskim imieniu. To wystarczyło, by grono naszych bliskich osób mogło po prostu dobrze się czuć i bawić.

    Kolejną z usług miana ważnych jest florystyka. Florystyka to jedna z bardziej istotnych kwestii podczas ślubno-weselnych przygotowań. To ona nadaje charakteru całemu przyjęciu, określa kolorystykę, zdobi i to nie tylko salę, ale i miejsce ceremonii, a także jest przysłowiową kropką nad i w wizerunku panny młodej pod postacią ślubnego bukietu.

    Mimo, iż wykonywania dekoracji podjęliśmy się sami to florystykę oddaliśmy w ręce profesjonalisty. Musimy jasno powiedzieć, że o ile dostępności firm na rynku jest znaczna to o tyle ciężko jest znaleźć taką, by była dla ciebie a nie dla siebie. By współpracowała i doradzała. My spotkaliśmy się z wieloma i często były to najtrudniejsze ze spotkań, gdzie ego osób prowadzących z nami rozmowy przemawiało w głównej mierze. Znaleźć, więc odpowiedniego florystę w naszym dość specyficznym przypadku, bo rzadko się zdarza, by para młoda była dwójką „plastyków” coraz bardziej stawało się zadaniem niełatwym. Wiara i determinacja były nieodzownym elementem moich poszukiwań, ale i tutaj też się udało! Trafiliśmy na osobę pełną zaangażowania, z którą komunikacja była łatwa i przyjemna bo spośród innych wyróżniała ją jedna wspaniała cecha a była nią umiejętność słuchania. Słuchania o naszych pomysłach, oczekiwaniach i wizji. Potrafiła jako jedna z całego grona dostępnych dopasować się do naszych potrzeb i wykonała to zadanie perfekcyjnie.

    Opisując ślubne przygotowania nie sposób nie wspomnieć o pakietach. Pakiety to popularne słowo, które często występuje w ślubnej, czy też weselnej nomenklaturze. Pakiety najczęściej odnoszą się do grupy powiązanych usług a jednym z powszechnie występujących pakietów w branży jest pakiet: makijaż plus fryzura. Spotkać można pakiet z dojazdem lub bez, z wersjami próbnymi już wliczonymi lub nie, ale obowiązkowymi. Pakiet zależny jest też od ilości osób obsługiwanych i często zaczyna się od minimum trzech. Trzeba przyznać, że jest to wygodna forma usługi zważywszy na fakt, że dzień ślubu jest dla panien młodych dość intensywny a taki pakiet pozwala na chwilę wytchnienia, bo gdy ty siedzisz i odpoczywasz inni pracują byś wyglądała perfekcyjnie. Ja miałam szczęście trafić w ręce osób przewspaniałych, dzięki którym poczułam się jak Gina Lollobrigida i Monica Bellucci w jednej osobie.

    W naszym wyjątkowym dniu razem z Adasiem pozwoliliśmy sobie na jedną awangardową rzecz – przynajmniej dla nas taka byłą. Mowa o retro samochodzie, którym przyjemność mieliśmy jechać na naszą ceremonię. Samochód taki to rzecz niezwykła zwłaszcza, gdy jest to rodzaj samochodu bez dachu a właściwie z dachem chowanym, czyli tak zwany kabriolet i o ile pogoda na to pozwoli, a pozwoliła, to wrażenia zaliczyć można do tych niezapomnianych.

    Całe nasze „ślubne przedsięwzięcie” te chwile radości i wzruszenia, te wszystkie emocje krążące pośród chcieliśmy mieć nie tylko w pamięci, ale i uchwycone w kadrach, by móc je wspominać, gdy już lata przeminą. Nie myśleliśmy o filmach, interesowało nas tylko kilka zdjęć z uwiecznionymi momentami. Praktycznie do ostatniej chwili opieraliśmy się namowom na wszelakie video i rolki – nie widzieliśmy potrzeby takich „ekstrawagancji”, aż do momentu, gdy nasza florystka poleciła nam kogoś, kto również i jej miał służyć pomocą tego dnia. Pomyśleliśmy wtedy: a czemuż by nie spróbować i podjęliśmy współpracę z niezwykle pozytywną, kipiąca energią i uśmiechem osobą – przyznajemy się, że nie żałujemy tej decyzji!

    Kończąc tę opowieści o ślubnych współpracach, o ludziach nam bliższych i dalszych, o tych bez których ten nasz „projekt” nie przebiegł by tak dobrze i sprawnie powiedzieć musimy, że nad całością naszego pieczołowicie planowanego dnia czuwała osoba, dzięki której mogliśmy odpocząć i nabrać sił po długich przygotowaniach. To ona od pewnego momentu przejęła prowadzenie rozmów z usługodawcami, wspierała nas i była dla nas. Zawsze dostępna, pomocna i zaangażowana. W dniu naszego ślubu pilnowała i dopinała najmniejsze ze szczegółów, by nasz wyjątkowy dzień, był takim jakim go sobie wymarzyliśmy.

    Dziękujemy wszystkim za to co dla nas zrobiliście! Nasze wspomnienia dzięki Wam mogą rozkwitać.


    Scenografia, która ma sens